facebook_page_plugin

pilotppg.pl

Naszą pasją są przestworza...

Opowieści z życia wzięte...

Nocne lądowanie

Była sobota 23 październik 2010 roku, ICM już od piątku prognozuje lotną pogodę na sobotę. Rozdzwoniły się telefony, prawie wszyscy wybierają się na okoliczne krawężniki. Chełmiacy pomykają na Gliniska, Krasnystaw trochę dalej - Szperówka. Wiaterek szaleje w porywach dochodzi do 10-ki. Po ostatnich przygodach z napędem i kiepską aurą latać się chce jak cholera. Wstępnie się wybierałem na swobodę ale jak to z czasem bywa po prostu go zabrakło. Jest 16:30 dzwonię do Adama co słychać na Szperówce, oczywiście Notos dmucha z południa i jest latańsko, w K-city ledwo dwa meterki i ostro wybieram się na lot oczywiście z napędem. Jeszcze chwilę zamieszania w domciu ubrałem się już na gotowo wiadomo na łące każda minuta się liczy, potem garaż, cpn i już jestem na startowisku.

17:00 piękny wiaterek przybywa i do mnie, montuję rękaw do słupka na wędzisku teleskopowym i przestaje mi się to podobać. Rozkładam glajta na trawie, pierwsza kontrola po podniesieniu go w górę i prawie mnie chce zabrać, zaciągam sterówki i glajt juz leży na ziemi. Idę do napędu pierwsza próba odpalenia i już wiem, że doktor Strefner coś wspominał o naciągnięciu paska. Dobrze się składa bo o lataniu chwilowo nie ma mowy. Po pięciu minutach napęd już mruczy i tnie Rusłanowym śmigłem powietrze. Kask, vario, radio, zapas, rękawiczki i okulary wszystko już przygotowane jeszcze telefon do Pawła. Dowiaduję się, że u niego ścichło wybieram się w jego okolice więc jest dobra informacja. 17:20 zakładam napęd na plecy, podpinam zapas chwilę potem na rzepie frontkontenera leży już vario, kask, radio, rękawiczki i idę pod glajta. Napęd się rozgrzewa, manetka płynnie wprowadza go w obroty jeszcze zerkam na rękaw i jest dobrze. Gaszę napęd podpinam skrzydło kolejny rozruch i już jestem gotowy. Trymery zaciągnięte na maksa dwa kroki do przodu i już Reaction 29 dumnie stoi nad moją głową, kolejne trzy kroki klamka wciśnieta sterówki zaciągnięte i 17:24 pilot w powietrzu.

Nabieram wysokości odpuszczam sterówki i upycham cztery litery do uprzęży. Zakręt 180 stopni trymki odpuszczam na maksa i kierunek północ z wiatrem do Pawła. Brak nawigacji w niczym nie przeszkadza ale z pewnością ułatwia życie później się okaże, że ustrojstwo by się przydało. Dystans po linii prostej jakieś 35 km z myślą lądowania u Pawcia. 10 litrów na pokładzie, nowe śmigło, drugi lot po regulacji gaźnika i ciekawość mnie zżera ile mi spali w dzisiejszym locie, do 26 godziny od nowości w gaźniku nic nie było regulowane mieszanka była bardzo bogata no i apetyt też był nie mały bo średnia wychodziła 4.7/h. Lot przebiegał bez zarzutów głównie po meblach. Pierwszy obiekt to kościół gotycki w Łopienniku Górnym z początku XX w, którego minąłem po lewej stronie. Sześćdziesiąt do dziewięćdziesięciu metrów ani zimno ani wietrznie bardzo fajnie się leciało na tej wysokości mnóstwo ludzisków mi machało więc trzeba było odmachać. Lot nad polami ukazywał niezliczoną ilość sarn z małymi koźlakami, powoli zbliżałem się do kolejnego obiektu na trasie a mianowicie elewator zbożowy w Trawnikach. Następny punkt jaki miałem zobaczyć to stacja paliw w Pełczynie no i tu się zaczęły kłopoty, pierdykło coś w instalacji radiowej więc przez radio juz sobie nie pogadałem i namierzyłem nie tą stację co trzeba. Pokręciłem sie trochę wzdłuż drogi krajowej 12, nie znalazłem Pawcia i postanowiłem obrać nowy kurs na doktora Strefnera. Odwróciłem się prawie 180 stopni i się mocno zdziwiłem, miałem jakieś siedemdziesiąt metrów i stanąłem prawie w miejscu.

Nie wiedziałem, że leciałem z takim wiatrem pierwsza myśl to obniżyć lot, po chwili byłem już na bezpiecznej wysokości nad drutami elektrycznymi. Na 17 godzinie za plecami miałem  wieżę telewizyjną w Piaskach i leciałem w stronę Fajsławic. Słońce szybko zniżało się ku ziemi, teraz dopiero zacząłem żałować, że nie znalazłem wcześniej chwili czasu na wyregulowanie speeda, sznurki pochowane w kieszeniach uprzęży i nic nie można z tym zrobić upss. Przestaje się martwić zachodzącym słońcem i lecę do Sławka najwyżej zostawię u niego szpej i razem pojedziemy do K-city. Mam juz pięćdziesiątą minutę lotu i dolatuję do Fajsławic nie wiedzieć czemu wpadam w silne turbulencje i niezłe duszenie, prawie mnie posadziło na drzewie, przytomnie zaciągnąłem lewą sterówkę i po chwili znalazłem się nad dużym boiskiem. Wyrównałem lot  zdjąłem okulary przeciwsłoneczne i wydało mi się jeszcze bardzo jasno pomimo, że słońce już się schowało za horyzontem a ja jakoś zapragnąłem dalej lecieć. Do lądowiska miałem jeszcze jakieś 20 km i ciągle pod wiatr. Do Łopiennika leciałem wzdłóż drogi krajowej 17 tam odbiłem ostro w prawo, w linii prostej miałem las więc musiałem go ominąć z przyczyn wietrznych nie było sensu piłować silnika i przyjmować kolejne atrakcje jakie były serwowane tego dnia na wyższych pułapach. Obroty silnika nie schodziły poniżej 5200/min w pewnym momencie przeniknęło mnie cudowne ciepełko, zerknąłem na vario ale odczyt temperatury był niemożliwy z uwagi na małą widoczność. Nagle dostałem olśnienia, przypomniało mi się, że Flymaster ma podświetlany ekran. Puściłem sterówki i zacząłem na pamięć wchodzić w menu, pod kątem jeszcze coś można było zobaczyć i udało mi się uaktywnić jasność nawet w rękawicach.

Temperaturę jaką zobaczyłem bardzo mnie uradowała było całe 14,7 stopni celsjusza i powoli zaczął słabnąć wiatr. Wróciłem nad 17-kę i miałem pod sobą piękny widok świateł poruszających się samochodów. Do lądowiska było jeszcze około 7 km i powoli zacząłem mysleć o awaryjnym ladowisku. W oddali widać juz było pięknie oświetlony Krasnystaw a najgorsze było to, że na łące było totalnie ciemno i nawet nie było komu krzyknąć na radiu żeby ktoś podjechał i włączył jakieś światła w samochodzie. Trudno lecę dalej, doleciałem nad Tesco miałem z 30 metrów i zastanawiałem sie czy nie wylądować bo był tam pięknie oświetlony kawał trawiastego pola ale chęć lotu nad miastem w nocy była silniejsza, zrobiłem kółko nad suuupermarketem odmachałem kilku osobom i poleciałem na "konserwację anten". Widok był zachwycający, wszystkie ulice ładnie oświetlone w równo ustawionych latarniach z za lekkich chmur przyświecał księżyc i żal mi dupę ścisnął, że nie miałem przy sobie aparatu lub kamery. Zrobiłem rundę honorową i powoli kierowałem się w stronę łąk. Gimnastykę nóg uprawiałem już od momentu jak zobaczyłem łunę miasta na horyzoncie aż mi się sznurówka rozwiązała w prawym bucie. Wkrótce  minąłem kościół Św Franciszka i powoli zacząłem puszczać gaz . Na łące ciemnica trymery już zaciągnięte w oddali widać zarys bramek na boisku. Wychodzę z uprzęży i kieruję się  prosto w stronę samochodu, bo już go też widać coraz bardziej. Idealnie podchodzę do lądowania mijam bramki jestem przygotowany do sliskiej nawierzchni wysokość 3,2,1 lekko zaciagam sterówki, rozpędzonego glajta przytrzymuję do końca i lądowanie kończy się w stylu Adama czyli w punkcie, szybki odwrót zaciągam stery gaszę silnik i jestem zajefajnie szczęśliwy. Rzut okiem na zegarek 19:00, godzina trzydzieści siedem w powietrzu w zbiorniku 5 litrów paliwa telefon do żony i szybka ewakuacja z łąki. Już się nie mogę doczekać do następnego lotu gdzie z wielką przyjemnością zahaczę o noc i przygotuję się zdecydowanie lepiej do takiej wyprawy.

Pozdrawiam i do zobaczenia

w powietrzu

Mecenas


Nasi sponsorzy