pilotppg.pl

Naszą pasją są przestworza...

Lefkada
Aggelohori
Meteory
Paramotors pilot's
Kathisma beach
Kanał koryncki
Meteory Grecja
facebook_page_plugin
×

Uwaga

Please enter your Disqus subdomain in order to use the 'Disqus Comments (for Joomla)' plugin. If you don't have a Disqus account, register for one here

Wyprawa do Grecji 2016

Podróż do Grecji - 2016

          Jak już wszystkim "zainteresowanym" wiadomo, greckie wyprawy w wydaniu KSP głęboko zakorzeniły się w nasze życiorysy i nie bardzo sobie możemy wyobrazić inny stan rzeczy. Tegoroczna wyprawa to najbardziej "wyludniona" ze wszystkich wypraw jakie do tej pory były zorganizowane, ale jak życie pokazało można i we trzech:).

          Wyruszając w tym roku do Grecji krótkim Espacem IV, wiedzieliśmy, że:

  1. nie możemy zabrać ze sobą przyczepy,
  2. maksymalnie możemy wziąć 3 osoby,
  3. trzy fotele,
  4. dwa napędy w tym jedna trajka,
  5. i mocno zastanawialiśmy się nad bagażnikiem dachowym jak się później okazało nie potrzebnie suszyliśmy sobie tym problemem głowę bo na zużycie paliwa ten gadżet miał znikomy wpływ a komfortu za to w środku było co niemiara:).

          W sobotę 23 kwietnia, czyli na tydzień przed wyjazdem na krasnostawskim startowisku zrobiliśmy wstępne pakowanie. Było śmiesznie i pod sam sufit a jeszcze nie wszystko było przygotowane i niechciany bagażnik został szybko przeproszony. Do wyjazdu zleciało jak z bicza. W piątek po pracy zabrałem wszystko z czeck listy i po 45 minutach jazdy Lublin zamienił się w Krasnystaw. Przed garażem Adam z Mirkiem już na mnie czekali, spakowaliśmy wszystkie graty i pierwszy raz w tym samochodzie lusterko wsteczne było zbędnym gadżetem:).

          Pożegnaliśmy rodziny, znajomych i po zatankowaniu gazu i benzyny po koreczki u "Koguta" o 19:11 zasiadłem za kierownicę i wyruszyliśmy na podbój Grecji jeszcze tylko Krzysiek Hołowczyc rzucił lakoniczny komunikat, że do celu pozostało 1720 km i 26 godzin jazdy .

          Od samego początku zaczął padać lekki deszczyk, kilometry powoli uciekały, podróż do granicy polsko-słowackiej zleciała nam w bardzo miłej atmosferze i wspomnieniach z poprzednich wyjazdów, tęsknota za większą ilością osób w podświadomości szybko pokazała braki personalne ale nic na to nie mogliśmy przecież poradzić. Tradycyjnie jeszcze przed granicą zatankowaliśmy się po korek na Orlenie w Dukli, mieliśmy za sobą 270 km i zaczęliśmy szamanko kurczaków, które dla każdego po sztuce i to takie byki, że jedliśmy je przez całą podróż do Grecji już tradycyjnie :) zakupił mój teściu. Była 23:30 podjechaliśmy pod budkę z winietami, padał denerwujący deszcz, zakupiliśmy za 67 zeta 10-cio dniową winietę na Węgry. Słowację postanowiliśmy przejechać po drogach lokalnych bo za 50 km autostrad nie opłaca się kupować winiety. Siedliśmy w samochodzie i zerknęliśmy na daty zapisane na winiecie i jakby tu nie patrzeć na powrocie ta winieta już była nieważna ale tym faktem nikt sobie nie zaprzątał głowy przecież jechaliśmy do Grecji :).

Powoli wjechaliśmy na Słowację, pamiętając z lat ubiegłych, że słowacka policja lubi nocne patrole, jechałem tak jak znaki wskazywały i tym razem nie było inaczej. Z górki na 50-tce panowie zaczaili się w bocznej drodze i szukali „Jeleni”. Znowu byliśmy przezorni. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do pierwszego wahadła a było ich trzy. Słowaccy drogowcy robiąc drogi nigdy nie robią ładnych łączeń starego asfaltu z nowym i tym razem przywaliłem w poprzeczny dół, epitetów nie było końca. Przed Świdnikiem Adam zakomunikował mi, że na mnie już pora, więc zatrzymałem się i grzecznie przesiadłem na miejsce pasażera. Po kilku kilometrach Adam stwierdził, że automat jest fajnym wynalazkiem. Tu przestroga dla wszystkich, którzy będą jechać przez Słowację od strony Barwinka, jeżeli nie kupujecie winiety na Słowację to nie wjeżdżajcie na obwodnicę Świdnika tylko kierujcie się do centrum i jedźcie starą drogą, ten kilku kilometrowy odcinek jest zaliczany do płatnej autostrady a na końcu lubią stać i łapią nieświadomych kierowców, nam się udało ale z powrotem pojechaliśmy już do centrum.

Kolejne miasto jakie mieliśmy na trasie to Presow i tam też musieliśmy się kierować na stary odcinek drogi aby nie wjechać na płatną drogę i bardzo w tym wszystkim pomagał nam Krzysiu Hołowczyc. Dalej Koszyce, przed samą granicą z Węgrami zatankowaliśmy gaz za 9 euro pod korek. Zawsze staramy się omijać węgierskie stacje benzynowe, bo właśnie tam jest najdroższe paliwo na trasie do Grecji, ruszyliśmy dalej i o 2:50 wjechaliśmy na Węgry.

Całą noc za kółkiem jechał Adam a my z Mirkiem spaliśmy jak susły. Obudziliśmy się na granicy węgiersko-rumuńskiej tam zameldowaliśmy się o 5:46 a cała przeprawa trwała trzy minuty, miły uśmiech celnika, wklepał sobie nasze dane i jechać dalej. Oradea to pierwsze rumuńskie miasto na naszej trasie, tam Mirek zmienił Adama i nie mógł się przyzwyczaić na początku do automatu :) ale powolutku ogarnął temat. Dalej kierunek Arad przepiękne miasto z mnóstwem zabytków i wspaniałą architekturą i bardzo czyste, które może kiedyś zwiedzimy podczas następnej wyprawy a jest co podziwiać no i Lugoj tam zatankowaliśmy gaz za rumuńskie leje i pobiliśmy rekord spalania na gazie, robiąc 429 km na 48 litrach gazu z bagażnikiem na dachu, byliśmy w szoku. Zmieniłem Mirka i w drogę na Widim.

Była sobota rano 30 kwietnia około godziny ósmej, zadzwoniła Ola przekazując nam smutną informację, że w Polsce był śmiertelny wypadek paralotniarza. Nie wiedząc kto zginął przez chwilę chcąc nie chcąc włączył się smutny temat wypadków i jechaliśmy dalej. Koło 12 w południe zadzwonił Grzesiek, byliśmy w Dorbeta-Turnu Severin, stałem na czerwonym świetle i wpatrywałem się w fontanny na pasie zieleni rozdzielającym dwupasmówkę, doskonale pamiętając te wodotryski z przed roku ale z nocnej scenerii w tęczowych podświetlanych kolorach, miłych dla oka niecodzienny widok który mocno utkwił w mojej pamięci, z tego pięknego widoku ocucił mnie Adam, który przed chwilką odebrał telefon.

„ O kurwa” i zbladł. Może to słowo nie jest na miejscu ale tak reaguje pewnie z 90% naszego społeczeństwa, spojrzał na nas i powiedział, że paralotniarz który rano zginął to Piotrek Krupa. Ta wiadomość nas poraziła i przez długie kilometry każdy z nas walczył wewnętrznie z tą przykrą wiadomością.

Na granicy rumuńsko-bułgarskiej zameldowaliśmy się o 14-tej, zakup winiety na miesiąc i opłata za przejazd przez most na Dunaju za 6 euro i witaj Bułgario. Kolejne miasto to Montana ale remont drogi w jednej z miejscowości na trasie do Montany uniemożliwił nam podróż najkrótszą drogą i zostaliśmy skierowani na objazd przez policjantów na miasto Łom. Jeżeli ktoś narzeka na polskie drogi to niech się przejedzie tym objazdem obiecuję, że zostanie wyleczony ze wszystkich dolegliwości nie piszę tu o jakiś ekstremalnych drogach bo i w Polsce takowe są ale nie na głównych objazdach tranzytowych. Jedyne co nas fajnego spotkało na tym objeździe to, że jadąc wzdłuż Dunaju postanowiliśmy z bliska zobaczyć tą drugą co do wielkości rzekę Europy i trzeba powiedzieć, że robi wrażenie

Będąc w Montanie musieliśmy się kierować na Sofię i tu z dwóch rozwiązań, krótkiego ale czasowego i po niezłych górskich serpentynach i dłuższego po autostradzie i w miarę szybkiego, my wybraliśmy to drugie nadrabiając ze 60 km jadąc do miejscowości Wraca i Skrawena. W miejscowości Botewgrad trzeba uważać bo można pojechać na starą drogę zamiast wstrzelić się na autostradę. Tam też się zatankowaliśmy po korek gazem, osiągając kolejny dobry wynik na gazie 412 km na zbiorniku. Tu mnie zmienił Adam i dalej udaliśmy się w kierunku Sofii. Za Sofią Mirek przejął stery i o 19:25 zameldował się w Kułacie osiągając po 24 godzinach i 10 minutach Grecję. Rozprostowaliśmy kości, obdzwoniliśmy rodziny informując o dotarciu do Grecji i pojechaliśmy na spotkanie z pierwszym turnusem.

Znowu siadłem za kółko i w drogę. Szybko dojechaliśmy do Seres było jeszcze w miarę widno a tam po lekkiej korekcie trasy, Hołowczyc wykreślił nam drogę do Geriakini, jedyne 120 km. Wielkim zaskoczeniem była dla nas nowa nawierzchnia na autostradzie w Grecji i oddane odcinki dojazdowe do granicy w Bułgarii, które jeszcze rok temu były w powijakach a my błądziliśmy po jakiś objazdach o nie utwardzonej nawierzchni. Koło 22:20 dojechaliśmy na metę, gdzie zostaliśmy bardzo mile przyjęci przez pierwszy turnus. Tu wielkie podziękowania dla Zdzicha z Pucka, który użyczył nam połowę wynajmowanej kwatery gdzie kimaliśmy przez dwie nocki. Po degustowaliśmy trochę w dużej grupie różne wynalazki i tak zakończyliśmy wspólną integrację.

CDN….